Stoję w kolejce w warzywniaku. Pachnie ziemią, cebulą, jabłkami i ogórkami kiszonymi z beczki. Ciasne przejście. Każdą wolną przestrzeń zajmuje towar. Sporo ludzi.
Ten, który już się obkupił w zdrowe jedzenie, przepycha się do drzwi z siatami. Na jego miejscu staje kolejny szczęśliwy, że wreszcie jego kolej:
2 kilo tych czerwonych jabłek poproszę – wskazuje na te najbardziej apetyczne.
Siatka pełna pachnących kuleczek ląduje w ręce klienta.
Coś jeszcze?
Dziękuję, to wszystko.
Sprawnie poszło. Kolejny zaopatrzony w eko towar z ulgą przeciska się do wyjścia.
Andrzej! Cześć! Kopę lat! – w kolejce nagle objawia się kumpel – Co u Ciebie?
O cześć. A jakoś leci – z uśmiechem odpowiada właściciel siatki jabłek.
W tym momencie cienki plastik jednorazówki pęka i jabłka rozsypują się po sklepiku.
Dosłownie leci – ktoś celnie ocenia sytuację.
Ludzie chichocząc schylają się i zbierają owoce.
